Kiedyś to były czasy, gdy cisza w przerwie między sezonami piłkarskimi wydawała się wiecznością. Dziś, dzięki jednemu człowiekowi, ta cisza została zastąpiona nieustannym szumem transferowych doniesień.
Zaczęło się od "Here we go!"
Fabrizio Romano, bo o nim mowa, w ciągu zaledwie kilkunastu lat przeszedł drogę od młodego pasjonata dziennikarstwa do globalnej gwiazdy świata transferów. Jego początki sięgają 2011 roku, kiedy to osiemnastoletni wówczas Fabrizio opublikował ekskluzywną informację o przejściu Mauro Icardiego z Barcelony do Sampdorii. To był jego pierwszy, choć jeszcze nieoficjalnie nazwany, "Here we go!", czyli znak rozpoznawczy, który później podbije internet. Sukcesy następowały po sobie, a Romano, pracując pod skrzydłami Gianluca Di Marzio w Sky Italia, budował swoją sieć kontaktów wśród agentów, działaczy klubowych i samych piłkarzy. Ta sieć stała się fundamentem jego modelu dziennikarstwa transferowego, opartego na szybkości i ekskluzywności.
Gwiazda z milionami fanów
Przełom nastąpił około 2019 roku, kiedy Romano zaczął publikować głównie po angielsku, docierając do globalnej publiczności. Jego słynne "Here we go!" stało się internetowym fenomenem i jego znakiem firmowym. Dzięki wyjątkowym kontaktom, często jako pierwszy informował o nadchodzących transferach, zyskując status najbardziej zaufanego źródła wśród fanów. Wielu ufało mu bardziej niż tradycyjnym mediom. Dziś Romano prowadzi własne kanały z dziesiątkami milionów obserwujących, współpracuje z takimi mediami jak The Guardian czy CBS Sports, a nawet jest angażowany przez kluby do ogłaszania nowych nabytków w oficjalnych filmach. Piłkarze sami pytają go o ruchy kolegów z drużyny czy nowego trenera.
Ciemna strona sławy
Jednak w ostatnim czasie nastroje wokół Romano zaczęły się zmieniać. Krytyka jego metod pracy narasta, a zarzuty o przedkładanie szybkości nad rzetelność dziennikarską stają się coraz głośniejsze. Pojawiają się doniesienia o publikowaniu wyników meczów na chwilę przed końcem, z późniejszym usuwaniem postów, gdyby wynik uległ zmianie. Ciężkie zarzuty usłyszał również za sposób, w jaki relacjonował śmierć Diogo Joty


