Amerykański sen o Pucharze Świata zakończył się nie jednym, a serią bolesnych chwil. W Seattle, w sposób powolny, ale pewny, wszystko zaczęło się rozpadać, co wydawało się tak nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę wszystko, co widzieliśmy wcześniej.
Mecz 1/8 finału przeciwko Belgii, zakończony wynikiem 4:1, okazał się zupełnie inny niż poprzednie cztery spotkania. Tamta drużyna USA była bezwzględna, tym razem została po prostu przytłoczona. W poprzednich grach amerykańska reprezentacja emanowała energią, tutaj jednak cała drużyna wyglądała na zbiorowo płaską. Co najważniejsze, wcześniej grali bezbłędnie, teraz jednak błędów nie brakowało.
Pierwszy z nich pojawił się wcześnie. Po próbie wybicia piłki przez Alexa Freemana, kilku obrońców USA patrzyło, jak futbolówka odbija się w ich własnym polu karnym. Nicolas Raskin wykorzystał ten prezent, dograł do Charlesa De Ketelaere'a, który dziewięć minut po rozpoczęciu meczu umieścił piłkę w siatce. Było to zbyt łatwe, a dla Belgii miało być jeszcze łatwiej.
Zaledwie kilka sekund po tym, jak Malik Tillman zdobył wyrównującą bramkę z rzutu wolnego w 31. minucie, De Ketelaere ponownie pojawił się w polu karnym USA, przeskoczył Tima Reama i potężnym strzałem głową przywrócił Belgii prowadzenie. Nawet po tym, jak USA tchnęło nowe życie po przerwie, Belgia ani na chwilę nie zwolniła tempa, zdobywając trzecią bramkę po fatalnym błędzie Matta Freese, który pozostawił Hansa Vanakena z otwartą drogą do bramki. Gol Romelu Lukaku w doliczonym czasie gry był już tylko formalnością, podwyższając wynik na 4:1.
Wszystko zdawało się iść nie tak dla drużyny USA. Gra była płaska, mimo gorącego dopingu z Seattle. Christian Pulisic starał się jak mógł, momentami nawet zbyt mocno, ale nie był w swojej najlepszej formie, a kontuzja zakończyła jego udział w meczu przedwcześnie. Sergino Dest rozegrał swój najgorszy mecz w turnieju, a obrona i bramkarz Matt Freese, od dawna uważani za słabe punkty, wreszcie dali krytykom podstawy do ataków. Zmiany w składzie wniosły niewiele, chociaż, szczerze mówiąc, kilku zawodników weszło na boisko dopiero wtedy, gdy błędy już praktycznie przesądziły o wyniku.
Dla Stanów Zjednoczonych był to scenariusz z koszmaru. Po tygodniach zdobywania serc i 24 godzinach jako największy antybohater Pucharu Świata, wszystko, mówiąc prosto, rozpadło się. W nadchodzących godzinach i dniach z pewnością pojawią się analizy i dyskusje na temat przyczyn. Tego dnia jednak liczył się tylko wynik. Nie był on wystarczająco dobry i w rezultacie można argumentować, że cały ten Puchar Świata również nie był udany. Pomimo wszystkiego, co ta grupa pokazała w fazie grupowej i 1/16 finału, ponownie odpadła w 1/8 finału w znajomy sposób: silny europejski przeciwnik, okrutna bramka i, ogólnie rzecz biorąc, spora przepaść w klasie.
Brzmi to surowo? Tak, ale poniedziałek był kolejnym przypomnieniem, że Puchary Świata są brutalne, nieprzebłagane i, w przypadku tego meczu, rozstrzygnięte zarówno w jednej chwili, jak i powoli, z zbyt wieloma bolesnymi momentami po drodze.
Gracz, który był najlepszym zawodnikiem USA w pierwszej połowie, popełnił następnie decydujący błąd w drugiej, który praktycznie pogrzebał nadzieje na korzystny wynik.
Nie udało mu się złapać rytmu. W obronie spisał się poprawnie, ale w ataku zaoferował zdecydowanie zbyt mało.
Był rozkojarzony przy pierwszej bramce, a przy drugiej dał się pokonać strzałem głową. To był trudny pożegnalny mecz dla zawodnika, który do tej pory radził sobie bardzo dobrze.
Był lepszy z dwójki środkowych obrońców, zanim oddał piłkę przy ostatniej bramce. To nie miało już znaczenia, ale jednocześnie miało.
Mógł być w stanie wybić piłkę przy pierwszej bramce i nie zamknął skutecznie przeciwnika przy drugiej. Dobrze poradził sobie jednak z naciskiem Belgii, który był wyraźnie wywołany jego kontaktem z piłką.
Wyglądał na absolutnie rozwścieczonego, gdy wszystko wokół niego się rozpadało. Starał się jak mógł, ale nie był w stanie zrekompensować chaosu panującego wszędzie indziej.
Podobnie jak prawie wszyscy inni, był to jego najgorszy mecz w turnieju. Nie sprawił Belgii wielu problemów ani w obronie, ani w ataku.
Zdobył bramkę, ale tak naprawdę niewiele więcej zrobił. Nie miał tyle kontaktu z piłką, ile USA by sobie życzyło.
Mecz, w którym pozornie wszystko poszło nie tak. Wydawało się, że jego instynkty zawiodły go w pierwszej połowie, a potem ciało w drugiej, co wymusiło wczesną zmianę.
Był daleko od tempa gry. Nie wybił piłki przy pierwszej bramce, został pokonany przy dośrodkowaniu do drugiej bramki i nie zaoferował nic w ataku. To był zły mecz w jego wykonaniu, i słusznie został zmieniony w przerwie.
Po wszystkich debatach na temat jego powołania, nie wniósł zbyt wiele. Miał jedną szansę w pierwszej połowie, ale strzał przeleciał wysoko nad poprzeczką.
Potrzebna zmiana w przerwie. Wniósł pewien spokój w posiadaniu piłki, co pomogło, ale zdecydowanie za mało.
Prawie zdobył bramkę potężnym strzałem z dystansu. Łatwo sobie wyobrazić, czy sprawy mogłyby potoczyć się inaczej, gdyby ten strzał był odrobinę bardziej w prawo.
Zmiana taktyczna z nadzieją, ale nie była ona szczególnie skuteczna.
Nie otrzymał wystarczająco dużo czasu, aby cokolwiek zdziałać.
Jego pierwsze minuty na Pucharze Świata. Nie potoczyły się tak, jakby sobie tego życzył.
Bramki ostatecznie wynikały z indywidualnych błędów, ale USA było również gorsze w praktycznie każdym aspekcie gry. Czy moment ten okazał się dla nich zbyt duży? Łatwo zrozumieć, dlaczego tak mogło być, ale to Pochettino, oczywiście, był człowiekiem odpowiedzialnym za przygotowanie ich do tego momentu.